Gruby może więcej zdjęcia Julia Zabrodzka. Potężne, nawet 5-calowe opony zapewniają świetną przyczepność, ale stawiają też duży opór. Dlatego jazda na fatbike’u wymaga większego wysiłku niż w przypadku klasycznych rowerów górskich
szwajcaria

Gruby może więcej

03stycznia2017

Narodziły się z przekory. I z pragnienia, by dojechać tam, gdzie nie dotarł dotąd żaden rowerzysta. Wyposażonym w grube opony fatbike’om niestraszne pustynie, mokradła czy zaspy. Śnieg jest ich żywiołem. Udowodnią to podczas Snow Bike Festival w Szwajcarii.

„Ciemno było, choć oko wykol. Jechałem piąty dzień, spałem po półtorej godziny na dobę, zaczynałem mieć zwidy. W snopie światła czołówki zobaczyłem drogowskaz: MacGrath – 10 mil. Aż podskoczyłem z radości, zostały mi dwie godziny jazdy do mety. Wyrzuciłem resztę jedzenia i termos – byle lżej, byle szybciej! Ślady skuterów prowadziły po zamarzniętej rzece. Śnieg padał coraz mocniej.
Na horyzoncie majaczyła łuna miasteczka, ale bałem się, że pobłądzę. Już miałem dać za wygraną, położyć się i przedrzemać do świtu. Aż nagle ujrzałem świeży trop wilka! Trzeba było widzieć, jak zasuwałem na metę” – śmieje się Patrick Sweeney, kończąc opowieść o Iditabike, najtrudniejszym zimowym wyścigu rowerowym na świecie. Zawodnicy pokonują ponad 560 kilometrów przez alaskańskie bezdroża. „Zająłem 19. miejsce” – rzuca niby mimo-chodem, ale z wyraźną dumą. Dziś na metę pierwszego etapu Snow Epic przyjechał dopiero 82., lecz humor i tak mu dopisuje. To był przyjemny dzień. Najpierw jazda u stóp alpejskich trzytysięczników, potem gorąca kąpiel, a teraz grzybowe risotto oraz czerwone wino w towarzystwie innych zawodników.

zdjęcie Julia Zabrodzka. Podjazd do schroniska Brunni był najtrudniejszym etapem zeszłorocznych zawodów. Na co dzień z nasłonecznionych stoków z widokiem na alpejskie szczyty korzystają narciarze. Zjazd poprowadzono zaś 2,5-kilometrową trasą saneczkową wiodącą do restauracji Ristis

„Mróz, głusza, zamiecie – tak zwykle ludzie wyobrażają sobie zimową jazdę na rowerze. Faktycznie, wiele wyścigów to walka o przetrwanie. Nam marzyła się impreza dla zwyk-
łych ludzi” – tłumaczy Kevin Vermaak, organizator zawo-dów w szwajcarskim Engelbergu. Trzy etapy mają po 30 kilometrów, ale i tu na podjazdach można się zmęczyć, a na zjazdach zaszaleć. „Każdy przeciętnie sprawny rowerzysta sobie z nimi poradzi – uspokaja Kevin. – Nawet taki, który dosiada fatbike’a po raz pierwszy w życiu. Te pojazdy powstały po to, by uczynić jazdę przyjemniejszą i przecie-rać nowe szlaki”. Rowery o grubych oponach narodziły się jednocześnie w dwóch różnych miejscach. Zaczęło się na Alasce. Już w latach 80. tamtejsi cykliści próbowali chałupniczymi metodami przystosować swe maszyny do zimowych warunków. Spawali razem po dwie albo i trzy obręcze, by koła nie zapadały się w sypkim śniegu. Z podobnym wyzwaniem zmagał się na pustyniach Nowego Meksyku Ray Molina. To on skonstruował prototyp szerokiej na ponad 80 mm obręczy obutej w 3,5-calową oponę (w typowych rowerach górskich to odpowiednio 20-25 mm oraz 2-2,3 cala). W 2000 roku Alaskanin
Mark Groneweld przywiózł wynalazek na Daleką Północ. Pięć lat później do sklepów trafił fioletowy Surly Pugsley – pierwszy seryjnie produkowany fatbike.

Podwójny rodowód grubych kół odzwierciedla lista uczestników Snow Epic. „Pierwszy raz jeździmy po śniegu” – przyznaje Mannie Heymans. Przewodzi grupie kolarzy
z Namibii, przyzwyczajonych do piasku czerwonych wydm. „Liczyliśmy, że będzie go trochę więcej” – wskazuje na ciemne łaty na zboczach. Engelberg słynie ze wspa-niałego puchu, który przyciąga narciarzy z całej Szwajcarii, ale na Snow Epic zima trochę się spóźniła. Korzystają
z tego dwaj Amerykanie reprezentujący barwy Kostaryki. Startują w kwiecistych koszulach i surferskich szortach.
Oni na fatbike’i przesiedli się kilka lat temu – ponoć nic nie sprawdza się lepiej w wulkanicznym błocie. Nie mogło zabraknąć też ekipy z Alaski. „W Anchorage nikt już nie kupuje zwykłych rowerów” – przekonuje James Stull, jeden z pionierów i współzałożyciel firmy 9:Zero:7. Na grubych oponach jeżdżą policjanci, strażnicy parków narodowych, nawet naukowcy. Pewien biolog badający morsy odkrył, że to najszybszy sposób przemieszczania się po kamienistych wybrzeżach Morza Czukockiego. „Wszystkich ogarnęło szaleństwo, możemy śmigać przez cały rok, ile by śniegu nie napadało” – dodaje Amber, żona Stulla. Właśnie sprawiła sobie prezent, zajmując drugie miejsce na najtrudniej-szym etapie, podjeździe do schroniska Brunni. „Jamey zaproponował, żebyśmy świętowali moje 30. urodziny
w Szwajcarii. Złapałam się za głowę, to podróż na drugi koniec świata. Lecz gdy powiedział, że będziemy jeździć na rowerach, zgodziłam się od razu – śmieje się drobna blondynka. – Pierwszy raz jestem w Europie, macie piękne góry. Tylko do zmiany czasu nie mogę się przyzwyczaić. Rano zadzwoniła nasza córeczka, złożyła mi życzenia. Spytałam ją, co będzie dziś robić, a ona na to: Mamo, u nas jest wieczór, właśnie kładę się spać! Ale jak już wstanie, też pewnie wyjdzie pojeździć. Ma już swój mały fatbike”.

Polecane wideo

 

www.snowbikefestival.com

 

Zobacz również

Skomentuj