Niech pan zostanie turystą - Książka Sabeli wydobywa na światło zapomniane miejsce na mapie - mówi Artur Domosławski (fot. Bartek Sabela)
Książka Bartka Sabeli

Niech pan zostanie turystą

17października2015

W środę 21 października ukażą się „Wszystkie ziarna piasku”, książka Bartka Sabeli o Sacharze Zachodniej w Maroku. Jak mówią sami Saharyjczycy jest to „największe więzienie świata”. Poniżej fragment tej wydanej przez Wydawnictwo Czarne książki. Voyage jest patronem medialnym tej książki.

Auto parkuje gdzieś w zakamarku między domostwami. Zastanawiam się, gdzie dojechaliśmy, bo nie widzę niczego, co by mogło być komisariatem czy biurem. Panowie prowadzą nas do jakiegoś obskurnego budynku, który wziąłem za ruinę. Długie ciemne schody na piętro, potem korytarz, w nim kilku krzątających się ludzi, w końcu mały gabinet, w nim biurko, fotel i portret króla na ścianie. Na podłodze dokoła biurka pełno segregatorów, akt, teczek, zeszytów. Na szczęście nie ma komputera – to daje nadzieję, że przepływ informacji między wydziałami nie jest zbyt szybki. Kierowca proponuje, bym usiadł na fotelu za biurkiem, Hamzę sadza w rogu na krześle. Dobra, bawmy się – myślę sobie i rozsiadam się w miękkim biurowym fotelu, jakbym był we własnym biurze, i uśmiecham się do portretu króla. Zerkam na Hamzę, ten zupełnie skupiony dyskretnie lustruje ściany, żując patyk do czyszczenia zębów. Potem powie mi, że szukał kamer. Ale nie znalazł. Wyjmuje papierosy z kontrabandy, częstuje funkcjonariuszy. Jeden z nich, patrząc na paczkę bez banderolki, mówi:
 –    To chyba niezdrowe, Hamza, nie wydaje ci się?
Po czym wyjmuje papierosa z własnej paczki.
 –    Tu wszystko jest niezdrowe. Nie wydaje ci się? – Hamza odpala papierosa.

 


Zamieszanie. Różni funkcjonariusze, wszyscy bez mundurów, po cywilnemu, wchodzą i wychodzą, oglądają mój paszport, spisują, wertują jakieś teczki, dokumenty. W końcu przychodzi jeden z aparatem fotograficznym i prosi, bym ustawił się do zdjęcia. Takiego na tle tych numerków, en face, lewy profil, prawy profil, tabliczka z nazwiskiem w rękach? – myślę sobie. Potem pewnie roześlą je na lotniska z dopiskiem: „Tego pana już nie wpuszczamy”. Ustawia mnie pod ścianą. Portret będzie piękny, po lewej król, po prawej paprotka i ja. Cały w bieli.
 –    Chce pan, żebym się uśmiechnął, zrobił jakąś minę? – pytam, ale pan z aparatem nie zna się na żartach i nawet nie odpowiada. Widzę kątem oka, jak Hamza dusi w sobie śmiech. Pan z aparatem pstryka kilka zdjęć, z fleszem i bez, po czym wychodzi bez słowa.

 

 

Teraz wchodzi następny, już po zamaszystym kroku widać, że szef. Hamzę zabierają do innego pokoju, a ja znów przypominam sobie, że nie ustaliliśmy wspólnych zeznań. Zostajemy sami, ja oraz wysoki, gruby funkcjonariusz w przepoconej koszuli. Bujam się na fotelu, by rozładować rosnące napięcie. On zaczyna rozmowę bez zbędnych ceregieli.
 –    Przyjechał pan do naszego kraju jako turysta – mówi szybkim, zdenerwowanym głosem – czemu więc pracuje pan jako dziennikarz? Był pan wczoraj na spotkaniu politycznym, na spotkaniu wrogich naszemu krajowi separatystów. Tak nie zachowuje się turysta. Tak zachowuje się dziennikarz. Kim pan jest?
Przez chwilę myślę, jaką strategię przyjąć w obecnej sytuacji i co odpowiedzieć. Rozkładam ręce i z szerokim uśmiechem odpowiadam:
 –    Jakim spotkaniu politycznym? Przepraszam, chyba nie wiem, o czym pan mówi. Byłem, owszem, na spotkaniu, kolega Hamzy zaprosił nas na herbatę, coś w tym złego? – mówię po angielsku. Jego angielski jest słabszy, odpowiada mi więc po francusku, co mnie cieszy, bo pozostawia przestrzeń do ewentualnych nieporozumień.
 –    Proszę pana – odchyla się na krześle, strużki potu spływają mu po twarzy – my naprawdę wszystko wiemy. Gdzie pan był. Z kim pan był. Wiemy też, kto był z panem w domu Ahmeda Hammada. I wiemy, o czym rozmawialiście.
 –    Ahmeda Hammada, no tak, on chyba miał tak na imię, faktycznie.
 –    Czy jest pan świadom, w jakiej sytuacji się pan znalazł i co panu grozi? Zadeklarował pan jako cel swojej wizyty turystykę, tymczasem jest pan po prostu dziennikarzem i spotyka się pan z separatystami. – Zaczynam dochodzić do wniosku, że nawet mi miło, że mnie nazywają dziennikarzem, jaka nobilitacja.
 –    Separatystami? To oni chcą coś odłączyć od Maroka? – Głupota jest zawsze najlepszą obroną. – Zupełnie nie wiedziałem. To tacy mili ludzie byli.
 –    My tu szanujemy prawo, proszę pana, szanujemy prawa człowieka, szanujemy wolność słowa i nietykalność osobistą. Tu panują takie same zasady jak w każdym innym kraju.

 

Polecane wideo


Chyba trochę wyprowadziłem go z równowagi. Jego tupet jest wręcz onieśmielający, on to mówi na poważnie.
 –    Czy pan byłby zadowolony, gdybym przyjechał do pańskiego kraju i spotykał się z separatystami po kryjomu?
Retoryka funkcjonariusza zaczyna mnie przerastać i powoli czuję, że zaraz nie wytrzymam. Spuszczam wzrok i ku swojemu zadowoleniu widzę, że mam na sobie koszulkę z napisem „Let’s settle this like adults” i wymowną ilustracją.
 –    Mogę pana zapewnić, że jak pan kiedyś przyjedzie do mojego kraju jako turysta, dziennikarz, policjant czy ktokolwiek inny, a ja pana serdecznie zapraszam, to będzie pan mógł się spotkać i rozmawiać, z kim pan chce, gdzie pan chce i jak pan chce. Proszę wpaść. Naprawdę.
Nagle rozmowa przyjmuje inny obrót. Funkcjonariusz wzdycha i mówi, teraz już spokojnie:
 –    Są tutaj elementy… sytuacja tutaj jest… dość skomplikowana, tak to nazwijmy. Żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie tolerujemy tutaj obcokrajowców, którzy ingerują w nasze wewnętrzne sprawy, w politykę. A pan to właśnie robi. My naprawdę chcemy dobrze, może mi pan wierzyć lub nie. Król kocha Saharę z całego serca. Kocha też Saharyjczyków, bo to nasi bracia. Jak tu przyszliśmy w 1975 roku, to tu nie było nic. Piach i pustynia. Wszystko, co pan widzi dokoła, zbudowaliśmy my. Dzięki nam Sahara rozkwita. Odzyskaliśmy w końcu nasze pradawne ziemie.

 


Siedzę i słucham uważnie. Zadziwia mnie przewidywalność argumentów.
 –    Pochodzi pan z pięknego kraju. Polska to nasz wielki przyjaciel, a Polacy są zawsze mile widziani i ciepło przyjmowani w Maroku. Znałem nawet kiedyś jednego Polaka, mieszkał przez lata w Rabacie, bardzo lubił Maroko. To był dobry człowiek. A pan swoim zachowaniem kładzie głęboki cień na naszych stosunkach. Nie wstyd panu? Czy wie pan, jak my to możemy potraktować? Dlaczego chce pan przedstawiać nasz kraj w czarnych barwach?
Od odpowiedzi na to pytanie szczęśliwie ratuje mnie funkcjonariusz, który właśnie wszedł do pokoju ze szklaneczkami herbaty. W rogu pokoju cały czas stoi drugi policjant, nie włącza się do rozmowy, obserwuje, nie spuszcza ze mnie oka. Ponoć, powie mi później Hamza, zawsze tak jest, jeden prowadzi rozmowę, a drugi obserwuje reakcje przesłuchiwanego.
Tymczasem w pokoju piętro niżej na podobne pytania odpowiada Hamza.
 –    Nie może być tak, że ktoś tu przyjeżdża jako dziennikarz, a ty mu pomagasz, Hamza, wiesz dobrze o tym. Jaki jest zatem charakter waszej znajomości? – pyta policjant.
 –    Mamy tutaj, nazwijmy to, współpracę kulturalną. Ja jestem poetą, on jest artystą, architektem i malarzem. Nasza znajomość opiera się na wymianie poglądów i doświadczeń. Pracujemy nad takim… polsko-saharyjskim projektem kulturalnym. – Trudno zarzucić Hamzie kłamstwo. – Kultura tu chyba jeszcze nie jest przestępstwem, prawda? Jeśli chcecie, to go wywalcie, proszę bardzo, dla mnie to żaden kłopot. Tylko tego tu chyba jeszcze nie było, żeby wyrzucać artystów, ludzi kultury, nie?
 –    Hamza, ja jestem tu już dość długo. – Marokański policjant pochyla się w kierunku mojego przyjaciela i nagle zaczyna mówić w dialekcie hassanijja.
 –    I nadal tak bardzo kaleczysz język?
 –    Ja was lubię. Lubię hassanijję, lubię El Aaiún, Sahara jest moim domem od dwudziestu sześciu lat.
 –    Dwadzieścia sześć lat nie czyni cię jeszcze Saharyjczykiem – przerywa mu Hamza, uśmiechając się życzliwie, lecz z nieukrywaną pogardą.
Mój policjant uderza natomiast w coraz to bardziej czułe tony, próbując wzbudzić moją sympatię.
 –    Widzi pan, proszę docenić naszą gościnność. Siedzi pan na moim fotelu, częstuję pana herbatą. Czy to nie jest dowód naszej dobrej woli? Niekoniecznie by tak musiało być.
 –    Proszę pana – decyduję się na ostrzejszą odpowiedź w nadziei, że skończymy tę idiotyczną rozmowę – mnie naprawdę mało obchodzi, co wy tu robicie. Jestem architektem, przyjechałem odwiedzić mojego przyjaciela, wasza polityka mnie nie interesuje. Maroko to piękny kraj, szkoda by było zniszczyć to wrażenie, nie sądzi pan?
 –    Dobrze, jeśli jednak chciałby się pan dowiedzieć czegoś więcej o naszej historii, to proszę, my nie mamy nic przeciwko. Ja mogę panu opowiedzieć. Może pan przyjść do naszego komisariatu w każdej chwili. Dostanie pan komplet rzetelnych informacji, a nie te wypaczone separatystyczne bzdury. Podsumowując: przyjechał pan jako turysta, więc niech się pan zachowuje jak turysta. Może pan sobie chodzić po mieście, pójść do kafejki, do restauracji, pojechać na plażę, napić się wina. Nie mamy z tym żadnego problemu. Niech się pan czuje swobodnie. Niech pan sobie pozwiedza zabytki… przepraszam, przecież w El Aaiúnie nie ma zabytków, tu zabytkami są chajmy, ale już ich nie ma i nie będzie – wtrąca nieopatrznie, myśląc, że nie zrozumiałem. – Ale ostrzegam pana przed braniem udziału w jakichkolwiek spotkaniach politycznych, bo będziemy zmuszeni skrócić pański pobyt.
 –    To może niech mi pan wyjaśni – nie mogę się powstrzymać – bo tu chyba wszystko jest spotkaniem politycznym. Z kim mogę się spotykać, a z kim nie? Bo trochę się czuję zagubiony.
Policjant prawie uderza ręką w biurko.
 –    Niech pan pozostanie turystą – mówi wolno, akcentując słowo „turysta”. – Sądzę, że dobrze się rozumiemy. Jak długo pan zabawi w El Aaiúnie?

 

Zdjęcia: Bartek Sabela

Zobacz również

Skomentuj