Polski  jeleń daje radę Zdjęcie Bartłomiej Molga
rozmowa z Marcinem Wichą

Polski jeleń daje radę

29listopada2016

Na współczesnych projektantów czekają rozmaite pułapki: wymogi rynku, kaprysy zleceniodawców, estetyczne przyzwyczajenia odbiorców. Tytuł książki „Jak przestałem kochać design” brzmi co prawda kategorycznie, ale rozterki autora dałoby się rozwiać, przypominając sukcesy mistrzów polskiej grafiki użytkowej. O funkcji dobrego wzornictwa oraz zbawiennej roli humoru w projektowaniu opowiada grafik i pisarz Marcin Wicha.

Naprawdę przestał pan kochać dizajn?

Dobrze, gdy tytuł jest prowokujący. Tworzy suspens. Ten jest rodzajem żartu, ale sygnalizuje również pewien problem. Bardzo brakuje mi bowiem projektów, które nie są do kochania. Rzeczy użytkowych. We wzornictwie istnieje nurt związany z nowoczesnością, jego mitem jest racjonalność. A ja zawsze wierzyłem, że dizajn służy do tego, by ludziom lepiej się żyło. By poprawiać świat
i dostosowywać go do naszych potrzeb. Kwestia zysku, pytanie, czy produkt się sprzeda, powinna być na ostatnim miejscu.

Projektanci mają sprawiać, by codzienne życie było bardziej komfortowe, wygodne i bezpieczne.

Dobre wzornictwo jest kwestią praw człowieka. Nie przesadzam – kiedy idę do lekarza, to moim prawem jest, by strzałki w przychodni kierowały mnie prosto do gabinetu i nie musiały konkurować z reklamami batoników. W poczekalni mam prawo do wygodnego krzesła. A dziecko w szkole ma prawo oczekiwać, że podręcznik będzie czytelny, jasny i zrozumiały. Cześcią mitu dizajnu jest to, że funkcjonalność idzie w parze z urodą. Ale rzeczy funkcjonalne powinny być przede wszystkim szczere. Nowa klamka nie udaje starej, krzesło nie udaje tronu. W samej funkcjonalności jest jakaś uroda. Ja ją lubię.

 

Daliśmy sobie wmówić, że dizajn to coś odświętnego.

I drogiego. Że to rodzaj ozdoby. Że naprawdę dizajnerski jest park fontann, natomiast wszystkie inne rzeczy, które nas otaczają, powstają tak po prostu. Że nikt ich nie projektuje. A przecież tramwaj Pesa z Bydgoszczy to także jest wzornictwo. Tak samo jak talerz czy kosz na śmieci.

 

Mimo to polskie ulice wyglądają dziś ładniej niż 10 czy 15 lat temu.

Mam problem z porównywaniem. Mówimy często, że za komunizmu było na trójkę, teraz jest na szóstkę, a po drodze było na czwórkę. Tak się nie da. W ciągu ostatnich 10 lat wydano ogromne sumy na przestrzeń wokół nas, ale nie wszystkie wydatki były racjonalne. Nie podoba mi się myślenie, że najpierw trzeba założyć park fontann, a dopiero potem zajmować się chodnikami. Zbyt wiele
pieniędzy poszło na spektakularną otoczkę, a za mało na to, by na przykład dostosować jakiś dworzec do potrzeb użytkowników.

 

Trudno jednak wymagać od zwykłych ludzi, by się tym zajmowali. Trzeba mieć trochę wiary i ufać osobom, które się na tym znają.

Oczywiście. Projektant działa na zasadzie: jest zlecenie od klienta i ja je robię. Ale ludzie mogą oczekiwać, że ich życie stanie się wygodniejsze. Dlatego wiele miejskich ruchów dopomina się o drzewa, boisko czy przystanek, który ochroni nas przed słońcem i deszczem, a nie będzie wyłącznie nośnikiem reklamowym.

 

plakat „Hunting in poland” projektu Wiktora GórkI (1961) został udostępniony przez Wrocławską Galerię Polskiego Plakatu, www.galeriaplakatu.com.pl

Takim nośnikiem są dzisiaj plakaty. Kiedyś jednocześnie informowały i były dziełami sztuki.

Polecane wideo

To jedna z dziedzin, które kwitły w latach 60. czy 70. Pierwsze plakaty służyły propagandzie, ale bardzo szybko się wymsknęły, zaczęły zbaczać w stronę graficznych niejednoznaczności, pojawiły się zwariowane pomysły. Artyści zyskali formalną niezależność, a podziwiał ich cały świat.

 

Niektóre prace zachęcały też do podróżowania, a raczej do odwiedzania Polski.

Na przykład plakat „Hunting in Poland” Wiktora Górki z 1961 roku. Przedstawia myśliwego, który leży plackiem na ziemi, a jeleń opiera kopyto o jego pierś. Zapraszaliśmy myśliwych z zagranicy,
sugerując jednocześnie, że zostaną pokonani przez swoje ofiary. Taka surrealistyczna fantazja rodem z PRL-u. W logice komercyjnego przekazu absurd, ale siłą polskiej grafiki użytkowej było poczucie humoru. Nawet wtedy, gdy Eryk Lipiński lub Henryk Tomaszewski robili plakaty na poważne tematy, zostawiali margines na żart. Jest takie powiedzenie jednego z ilustratorów „The New Yorkera”,
że humor jest najkrótszą drogą od człowieka do człowieka. I co ciekawe, artyści ani na jotę nie zmieniali swojego języka czy środków wyrazu ze względu na inną wrażliwość odbiorców.

 

Plakat Górki lekceważył reguły marketingowe, ale wychodził z założenia, że dobrze jest rozbawić widza. Dziś pewnie nikt nie zaryzykowałby takiego zabiegu.

Bo plakaty zmieniły swoją funkcję. Stały się przemysłową produkcją informacyjną. Te artystyczne istnieją, ale rzadko w obiegu komercyjnym.

 

Ambitne projekty już nigdy nie staną się powszechne?

Dizajn ma służyć ludziom. Pomagać. My, projektanci, też musimy się nauczyć rozwiązywania konkretnych problemów, a nie mówić tylko, co jest ładne, a co brzydkie. Konkret powinien poprzedzać rozmowę o gustach. Nie zastępować jej, ale i nie wykluczać.

 

Zobacz również

Skomentuj