Balon na szachownicy Rozdzielona kwietnymi klombami promenada, wiodąca sprzed pijalni ku leżącemu na wzgórzu parkowi Różaneczników, od początku stanowiła oś całego założenia. Dawniej zimą obie alejki zamieniały się w tory saneczkowe (fot.: Marian Sadkowski)
Polanica-Zdrój

Balon na szachownicy

12grudnia2015

Trudno dogodzić kuracjuszom. Oczekują spokoju, ale nie nudy. Pragną rozrywki, lecz wzdrygają się przed harmidrem. Chcą aktywnie spędzać czas, ale zanadto się nie spocić. Trzeba zachować umiar, a harmonię okrasić niespodzianką – ot, choćby podniebną. Polanica-Zdrój od prawie 150 lat ćwiczy się w sztuce doprowadzania do perfekcji rzeczy najprostszych.

Goście od zawsze byli wybredni. Pewien polski kuracjusz bawił w 1882 roku w Altheide (jak dzisiejszą Polanicę-Zdrój nazywano w czasach przynależności do Niemiec) i opisał je następująco: „Właściciel zakładu, pan Hoffmann, czyni co może, by zdrojowisko szerszym kołom publiczności przystępniejszym uczynić. Prawda, że tu wszystko dotąd skromne: skromna wioszczyzna, skromny kurhauz, skromny dom kąpielowy”.

 

W 1998 roku niepozorna Bystrzyca Dusznicka pokazała swą siłę, w jedną noc występując z brzegów i zalewając domy. Na szczęście zniszczenia szybko udało się naprawić, a deptak jest piękniejszy niż dawniej (fot.: Marian Sadkowski)

 

Choć zalety wód znano od wieków, dolnośląska miejscowość wciąż jeszcze stała u progu wielkiej kariery. Ocembrowano tylko jeden z kilku zdrojów, a zamiast stalowych szyn wiodła tutaj dziurawa, wiejska droga. Po deszczach tworzyły się na niej kałuże
tak wielkie, że można w nich było zgubić kalosze. Nic dziwnego, że traktem tym
do miasteczka docierało ledwie 300 gości w sezonie. Miało to jednak i dobre strony. Wspomniany kuracjusz odnotował: „Przede wszystkim zaś zaznaczyć należy,
że tu spokój nad wyraz błogi. Bez tego ruchu zdrojowego, który raczej męczy, a nie wzmacnia; drażni, a nie uspokaja”.

 

Wkrótce, gdy Polanica stała się kurortem z prawdziwego zdarzenia, o spokój było już trudniej. Wystarczy przejrzeć parę stron z uzdrowiskowej kroniki. 12 lipca 1910 roku. Przed wybiciem godziny 11.00 błogą ciszę letniego dnia zakłóca szum silników. Polaniczanie mrużą oczy i patrzą w słońce. Od strony Szalejowa Górnego nad miasto nadlatuje czterdziestometrowy sterowiec Parseval. Zatacza kilka kręgów nad miasteczkiem i z gracją siada na łące przy kortach tenisowych. Witają go tysiące gapiów z członkami Automobilklubu Śląskiego na czele.

 

Rok 1928. Z okazji stulecia uzdrowiska chór wykonuje dla zgromadzonej przed muszlą koncertową publiczności specjalnie skomponowany marsz: „Polanica leczy serce! Polanica uśmierza ból. Kiedy unoszą się bąbelki, kuracja musi się udać!”. Orkiestrą Zdrojową dyryguje Albin Eschrich, jej założyciel i  wieloletni kierownik, a także kompozytor utworu. 7 września 1955 roku. Rolą Podstoliny w „Zemście” Mieczysława Ćwiklińska po raz kolejny podbija serca publiczności Teatru Zdrojowego.

 

Znana warszawska aktorka bawi w kurorcie regularnie, patronuje i pomaga tutejszemu teatrowi. Jego amatorski zespół sztuką Fredry zdobywa pierwsze miejsce
w ogólnopolskim konkursie. 14 sierpnia 1966 roku. Tłumy oblegają stoliki ustawione
w podkówkę pod halą spacerową. Arcymistrz Mato Damjanović z Jugosławii rozgrywa symultanę z 25 przeciwnikami. To jedna z atrakcji IV Międzynarodowego Turnieju Szachowego Pamięci Arcymistrza Akiby Rubinsteina, którego zwycięzcą zostaje były mistrz świata Wasilij Smysłow. Jak donosi prasa, pojedynki śledzi codziennie ponad tysiąc widzów.


Wszystkie te wydarzenia rozgrywały się na terenie parku zdrojowego. Od początku władze z rozmysłem projektowały Polanicę jako miasto-ogród. Jego płucami po dziś dzień jest kilkanaście hektarów poprzecinanej alejkami zieleni, która zastąpiła podmokłe łąki oraz pola kartoflane. Tu bije nawiercone w 1904 roku źródło Wielka Pieniawa. Kilka lat później wybudowano w tym miejscu secesyjną pijalnię. W czasach Altheide życiodajną wodę podawały Źródlanki, ubrane w śląskie czepce, haftowane bluzki i spódnice, a kuracjusze sączyli ją przez szklane rurki (uważano, że zawarte
w płynie żelazo niszczy zęby).


Dziś każdy może zaczerpnąć jej sam, a długa na 100 metrów hala spacerowa wciąż zachęca do przechadzek pośród palm. Jeśli pogoda dopisuje, wychodzi się na deptak przed dawnym domem zdrojowym (sanatorium Wielka Pieniawa), zwieńczonym zawadiacką kopułą i obwiedzionym zadaszonymi werandami. Tu przed wiekiem goście zażywali kąpieli i zabiegów, a co szczęśliwsi także mieszkali. Inni najmowali pokoje
w willach pobudowanych na parcelach starannie wyznaczonych wzdłuż otaczających park ulic.

 

Początkowo parkowe wzgórze zamiast altany ze zdrojem wieńczył okrągły placyk z fontanną. Zanim drzewa podrosły, roztaczała się stąd wspaniała panorama otaczających Kotlinę Kłodzką gór (fot.: Marian Sadkowski)

 

Polecane wideo

Kusiły one to osłoniętymi balkonami, to „dyetetyczną kuchnią”, to znów dorożką posyłaną po gości na dworzec kolejowy. W głębi ulokowano Sanatorium, ukryte pośród zieleni, z dala od koncertów, dansingów i sterowców. Kto chciał uciec od zgiełku, mijał ów budynek i maszerował jedną z wielu ścieżek wiodących z parku do wykupionych
przez uzdrowisko lasów.

 

Mniej lub bardziej forsowne spacery były pomyślane jako element kuracji,
a romantyczna okolica działała kojąco na zmysły; zwłaszcza dolinka Lipnickiego Potoku z nieistniejącą już chatą Stille Liebe, którą wspominano jako: „miejsce na cichą miłość, nie tylko do wyrozumiałej partnerki, ale też do czerwonego wina w kryształowym kielichu, do rozsiewającej aromaty śpiącej przyrody, do wypełnionej myślami otaczającej ciszy”. Spragnieni bardziej przyziemnych doznań zachodzili na golonkę z kiszoną kapustą do gospody Hermanna Knobla albo do kawiarni Idyll czy karczmy Zur Geduld, stojących przy dzisiejszej ulicy Dębowej.

 

Choć Polanica rozrosła się nieco, jest to nadal dobry adres dla miłośników spokoju.
Tu znajduje się jedna z najnowszych atrakcji miasteczka, Hotel SPA Dr Irena Eris,
z eleganckim kompleksem basenów, saun i gabinetów zabiegowych, by jak sto lat temu goście mogli „natychmiast po kąpieli używać spoczynku w łóżku albo na szezlongu”.
Wystrój stylizowany na art déco także nawiązuje do złotych lat kurortu. To trafny wybór.

 

Hotel SPA Dr Irena Eris od centrum uzdrowiska oddziela Park Leśny ze słynną rzeźbą niedźwiedzia polarnego, wyznaczającą najdalszy zasięg lądolodu skandynawskiego na ziemi kłodzkiej (fot.: Marian Sadkowski)

 

Polanicy nie trzeba zanadto poprawiać. Z zawieruch XX wieku wyszła niemalże bez draśnięcia i nieprzerwanie służyła kuracjuszom, ostatnio wystarczyła jej więc delikatna, przeprowadzona z wyczuciem odnowa. W odrestaurowanych willach znów działają pensjonaty. Uporządkowano parkową zieleń, alejki, rabaty i ławki.

 

Śmielej postąpiono z parkiem Szachowym – w miejscu, gdzie niegdyś wylądował sterowiec, postawiono pawilon, za nim urządzono plenerową planszę w biało-czarną kratę i aleję wspinającą się ku kaskadowej fontannie. Woda szemrze, w nieruchomym jesiennym powietrzu powoli opadają liście. Błogo tu, sielsko, zacisznie. Niby nic wielkiego. Ale przecież na prawdziwy spokój trzeba pracować latami.

Zobacz również

Skomentuj